|
Link 14.07.2008 :: 15:24 Komentuj (7) ps - proszę pamiętać, że uczyniłam Lottę egzaltowaną, więc takąż musi pozostać. :-) Wyznanie miłosne Oddałabym wszystkie swoje łąki sukien, maki perłowych guzików, szumiące chabry halek, rosę osiadającą między falbanami i plisami, oddałabym wonne piwonne zioła bielizny, roje i chmary pantofelków powlekanych aksamitem i sprzączkami, oddałabym języki wstążek. Oddałabym wszystkie swoje języki obce, którymi dano mi mówić, oddałabym mój ukochany czeski, który chciałabym studiować, oddałabym misterne nakręcane katedry i kościoły języka francuskiego, oddałabym śnieżne rzeki języka rosyjskiego, oddałabym szeleszczące cukierki języka polskiego, oddałabym w końcu inżynieryjne wycinanki języka niemieckiego. Oddałabym swoje latanie nad budynkami, oddałabym cały swój zmysł estetyczny, tkwiący w bramach, kołatkach, wytartych ścinach, ruinkach, ramotkach, starych targowiskach, błyszczących oczach żab, wijnych ruchach dżdżownic na piasku. Oddałabym swą kolekcję ksiąg, te puzzle słów, osnowy znaczeń, sploty i oczka oddechów bohaterów książkowych, nizanie korali metafor, przyjemność opuszków muskających gałkę muszkatołową tuszu rozsypaną na stronach. Oddałabym wszystkie swoje płyty, robione naprędce ze zużytych taśm filmowych, zakręconym wokół siebie na kole gancarskim. Oddałabym wszystkie swoje porcelanowe laleczki i ich porcelanowe ryje głupich minek. Oddałabym łapane codziennie przeze mnie rano świetliste refleksy, pierwsze młode światłocienie, hodowane przeze mnie małe słońca dla moich najbliższych, okruchy wieczności, okna niebiańskości. Oddałabym wszystko... by cię tu mieć Brunonie, żebyś się wściekał, plątał, nazwał głupawą egzamaterialistką i żebyśmy byli razem bezpieczni. Link 12.07.2008 :: 11:43 Komentuj (0) Szpitalny Przewodnik Dzień dobry, tutaj Bernard, sumienie do wynajęcia, przewodnik po piekielnych kręgach, a jednocześnie dawny przyjaciel Maurycego, za karę wklęty w postać żydowskiego dzieciaka, mąci-specjalista, ciamajdowata ciapakowata niewinność generująca zło. Kręgi piekła w naszym szpitalu psychiatrycznym, oczywiście były zainspirowane panem Alighieri. Zacznijmy od początku. Zdrajców ci u nas dostatek podczas wojny. Pan Alighieri twierdził, że to krąg elitarny i umieścił tu jedynie Judasza, Brutusa i Gajusza Kasjusza. Jak już powtórzę, mój pan i władca Maurycy nienawidzi ludzi, korzysta z usług zdrajców, ale po wszystkich ich też zdradza. Uważa iż większość ludzi zdradza z podłego strachu, nie ze straszliwej podłości. Dlatego zdrajcom użalają się ich niedoszli przyjaciele, wiercą dziurę w żołądku, nękają, łażą, wyrzucają swe smutki i wnętrzności. Potwór Dis ciągle narzeka. Mówi dużymi słowami o wierności, przyjaźni, tolerancji i zdradzie. I o bólu kręgosłupa. I o radosnym odgłosie kul wwiercających się w serwetkę ciała. I o ciałach, które się pruły. W ósmym kręgu siedzą głównie przebrzydłe zapyziałe fałszywe wróżki, nawiedzeni alchemicy, magowie i czarownicy z Gorszej Strony Miasta. Ich cały majdan - rupiecie, sparszywiałe księgi, resztki ziółek, żałosny sprzęt do mataczenia w głowach, do wywoływania duchów został spalony w imię Rozumu. Torturowani są dopóki nie będą w stanie przewidywać prawdziwej rzeczywistości. Jednakże prawdziwą rzeczywistość tworzy tutaj tylko Maurycy i jest w stanie ją zmienić, tak więc będą torturowani w nieskończoność. W siódmym kręgu są samobójcy. Maurycy ich nie lubi, bo odbierają mu pracę, poza tym woli bohaterów, bo są śmieszniejsi. Zabawa z nimi jest dłuższa. Samobójcy są ożywiani, są w pokoju gdzie pełno pokus, pętelek, tableteczek, broni, śliskich parapetów...ale u nas samobójstwo nie istnieje. Istnieje tylko męka. Szósty krąg to heretycy. Oczywiście nie zostają ukarani za brak wiary w Boga, gdyż Bóg nie istnieje. Wręcz przeciwnie. Przed trafieniem na tortury każdy z zatrzymanych musi wypełnić ankietkę. Nie wiem czemu Maurycy to wymyślił. Pytania mierzą stopień wiary w Rozum i w Wiarę Dygnitarzy. Sentymentalizm, przesądyzm, wiara w bajki muszą być jak najszybciej wyplenione. Moglibyście się zapytać dlaczego ludzie nie przewidują, która odpowiedź najbardziej spodobałaby się Maurycemu. Otóż wszystkie pytania są bezczelnie sugerujące, żeby uzyskać odpowiedzi, które pasują Głównemu Dygnitarzowi. A taka sztuczka w budowie pytań. Nieważne. W piątym kręgu siedzą leniwi i zazdrośni. Często oba te zjawiska występują razem. Zazdrośni są leniwi i zazdroszczą tym pracowitym. Na przykład ocen z egzaminu czy czegokolwiek podobnego, matury, liczby przelecianych kobiet, rozmiaru biustu, mózgu, stopy czy innych bzdur . Zazdrośników każe się ciągłym przypominaniem, że tak naprawdę są nikim i pozostaną nikim. I tak mają włączone selektywne przetwarzanie informacji, więc nie musimy nad nimi pracować za bardzo. Dręczą się sami. Opracowaliśmy metodę umierania z niedowartościowania. To jest interesujące. Czwarty krąg, skąpców i rozrzutników rekrutujemy patrząc na to jak człowiek zachowuje się w obliczu głodu. Skąpiec jest oczywisty, kieruje się polityką pustego brzuszka, tak słabych ludzi nie potrzebujemy na tym świecie. Rozrzutników natomiast trzeba ukarać za głupotę i altruizm. Człowiek winien myśleć jedynie o sobie. Rozrzutnikom pokazujemy, że tak naprawdę nikt się z nimi nie podzieli, to samo zresztą skąpcom. Działa jednakowo dobrm załamaniem nerwowym. Trzeci krąg piekła sobie darowaliśmy. Nie ma jedzenia - nie ma żarłoków, za to z upodobaniem zajęliśmy się drugim. Spółkowanie...Spółkowanie odbywać powinno się w ściśle określonych kategoriach - z wyznaczonym partnerem. O wyznaczonej godzinie, by nie niszczyć produktywności i uporządkowanego życia. W wyznaczonym miejscu. Kto widział, żeby pierdolić się w parku, pod bylejaką, niehigieniczną ścianą. Po kolejne, by zapobiec rutynie, wyznaczyliśmy kolejność pozycji, w jakich winien się odbywać owe figle. Za zaburzenie kolejności i samowolkę - areszt. Żadnej antykoncepcji oczywiście. Rozum rozumie, że przyrost naturalny się zmniejsza, więc trzeba go polepszyć. Bez zbędnych czułości. Przewidziano określony czas na grę wstępną, na sam stosunek i na zapalenie papierosa. Przedpiekła nie mamy. Wszyscy w owym czasie wiedzą o Rozumie, Rządach Dygnitarzy i Maurycym. A więc na dzisiaj koniec. Który krąg sobie życzysz serdeńko? Link 11.07.2008 :: 15:58 Komentuj (0) Sumienie Pokój w którym się znalazłam ...był pusty. Pomijając dzieciaka. Chłopca. Dzieciak był umazanym urwi-smarko-połciem, chudym rynsztokołaziną, jakby płakał to pewnie węglem żłobiącym w twarzy rysy Indianina. Skąd tutaj dziecko? Zgubił się? Więzień? Spróbowałam zajrzeć mu w oczy, czy już wyhodował w sobie wszechbeznadzieję życia, czarną żółć apatii...ale chyba jeszcze nie. - Witaj Lotto. Nazywam się Bernard. Pragnę się z tobą pożegnać, tak jak to zrobiłem z Leą i Brunonem - powiedziało dziecko, a mnie o mało co nie trafił piorun. - Brunon jest tutaj? - krzyknęłam. - A jednak o jego pierwszego się pytasz. Nie o Leę - dziecko uśmiechnęło się zagadkowo. - Demagogia - prychnęłam. - Brunona kocham i chciałabym tworzyć z nim związek. Lea jest moją przyjaciółką. To naturalne, że jego pierwszego wołam... - Co i tak nie zmienia faktu, że pieprzyłaś się najpierw z Leą, a potem z Maurycym -- groteskowe przekleństwo w ustach dziecka. - Kim jesteś ...bachorze, jeśli już rozmawiamy w kategoriach wypominek, grzeszków i dowalania sobie prawdy między oczy - spytałam. - Proste Lotto. Jestem sumieniem. Uciekłem od Brunona i Lei, kiedy sami zmienili się w zwierzaki i zostawili biedne bezbronne dziecko w więzieniu. Ciebie też muszę pożegnać, z powodów które wymieniłem wyżej. Dziwni są ci ludzie. Zamiast robić to co czują, robią absolutnie przeciwne i sprzeczne rzeczy, żeby sobie potem tak ślicznie pocierpieć - najwyraźniej dumne z siebie dziecko wygłosiło tyradę. - Czekaj i co niby teraz? - spytałam, zdumiona, choć czemu się tu dziwić. Brunon...jasne. Pamiętam kolegę Imbira, czarnego paskudnego wyleniałego kocura, który z upodobaniem obserwował mnie kiedy się przebierałam. Lea...ten wąż z agatowymi ślepiami. Ale oni zostawili by biedne bezbronne dziecko, które najwyraźniej bawi się naszym kosztem jak najlepiej? - Nic. Wiesz, gdy człowiek nie ma już jak żyć, czepia się sumienia, to chociaż mami się jakimiś słusznymi sprawami. Gdy nie ma sumienia, nijak się nie usprawiedliwi, nijak nie wytłumaczy, nie będzie wartościować - nic mu nie zostaje. Albo zostaje postmodernistą, ale ten termin dopiero zostanie wprowadzony, świat musi najpierw ścierpieć wojnę, egzystencjalistów, beatników, hippisów i całą resztę tego wszystkiego - prorokował dzieciak. - Wojna się skończy? - podskoczyłam. - Taa...ale nie powinieniem ci tego mówić. Na razie musisz przejść wszystkie kręgi piekła. I wytrzymać. Żegnaj Lotto...-roześmiało się moje sumienie, po czym wyparowało. Mogły to być tylko zwidy, może to jakieś środki halucynogenne od Alchemika. Kręgi piekła brzmiały jak jakaś stara, przebrzmiała diaboliada, sparciałe i sparszywiałe powiastki przygodowe, czy tez te o inicjacji czy dojrzewaniu. W każdym razie - ruszyłam. Pokój był biały i pusty, ale normalność nie istnieje w tym świecie, na tamtym chyba też nie. Link 10.07.2008 :: 14:36 Komentuj (0) Dom Eschera - Znasz może Eschera? - spytałem się złożonej w coś pośredniego między scyzorykiem a embrionem Lei. - Sprzedawcę warzyw? - usłyszałem mruknięcie. - Ignorantka! - syknąłem. - Chodzi mi o holenderskiego grafika! - Ooo... - Lea przewróciła oczami. - Jesteś jednym z tych ludzi, którzy mogli by wieszać maluczkich za brak znajomości kanonu literatury i sztuki! Dołożyła mi pięścią między oczy. Faktycznie, miała rację. Denerwowało mnie to zwałaszcza u Lotty, oczekiwałem od niej argumentów ostrych jak brzytwa, świdrującego błysku w oczach, żmijnej ironii, królestwa nihilizmu i negacji. Tymczasem kobieta moich marzeń mogła godzinami siedzieć u krawca, czytać wytarte romanse, tarzać się w błocie ze swoim nienormalnym kotem i zachwycać się tandetnymi katarynkami, świeczuszkami, kaczuszkami, filiżaneczkami, staroćkami, antyczkami, sreberkami, pozłotkami, tandetkami...To smutne. Lea wbiła wzrok w ziemię, a ja kolejny raz starałem się obejść w kółko ten pokój. Escher przyszedł mi do głowy, bo raz po raz mieszała mi się perspektywa.Pokój musiał wirować, a ściany zmieniać swe ułożenie i wypukłość. Jedna wielka scena obrotowa. - Lea, nie ugina się pod tobą podłoga? - spytałem. - Ugina. Myślałam, że to z głodu... - syknął głos z podłogi. - Cholera! - Co się dzieje? - Co się dzieje? - Bernard też zdążył się obudzić. Czarna podarta sukienka, czarna podarta łuska, z lekka brudne i okurzone nogi, ogon otrzepujący się z kurzu, wielkie czarne przestraszone oczy, wielkie czarne przestraszone oczy, jakieś kurwamać przemieszane z sykiem, syk przemieszany ze ściekiem przekleństw i ku swojemu zdziwieniu zobaczyłem czarnego węża (wężycę). - No ładnie - westchnąłem. - Gryziesz? Wężyca przybrała wyniosłą minę i ułożyła się Bernardowi na kolanach. - No ładnie. Nie mam wyboru - westchnąłem po raz kolejny i nie wiele myśląc zmieniłem się w łapserdackiego czarnego kocura. Niewiele myśląc. A co z dzieciakiem? Praktycznie kula u nogi. Lea popatrzyła na mnie szyderczo i byłem pewien, że mnie nie znosi, aczkolwiek nadal nie wiedziałem dlaczego. A Bernard...zniknął. Zamrugałem oczami. Nie, to nie kocia trzecia powieka. Dzieciaka nie było. Trudno. Czas rozważyć semantyczne i semiotyczne warunki komunikacji kota z wężem. Myśleć matematycznie. Jeśli prawdziwa była pogłoska o tym, że jeden ze szpitali psychiatrycznych znany jest w Środowisku jako "dom Eschera", zagadkę można rozwiązać wyłącznie matematycznie, inaczej skazanym było się na błąkanie pomiędzy błędami perspektywy i złudzeniami optycznymi. Lea majestatycznie pociągnęła za sobą swój czarny ogon i wijąc się ruszyła. A ja za nią. Gdzie ten cholerny dzieciak? Link 10.07.2008 :: 10:17 Komentuj (0) Gdy się już oddałam… Źle się czułam. Maurycy spał odwrócony do mnie dygnitarskimi pośladkami. Złe samopoczucie, Boże broń, nie polegało na kacu moralnym. Skwierczały mi nagie palce, żołądek tykał w przeciwnym kierunku, włosy iskrzyły, kolana kołatkowały, tamburyn brzucha napiął się bardzo mocno…i jeszcze ta idiotyczna satynowa pościel, z której ciągle się ześlizgiwałam. Czy to nie byłby dobry moment na ucieczkę? Maurycy spał, może wyczerpał swoje baterie. Zjechałam z łóżka jak ze zjeżdżalni i podbiegłam do okna. Rozpięłam okiennice, odgarnęłam zadziwiająco urocze firanki w różyczki i…za szybą tkwiły kolejne okiennice. Zaklęłam cichutko. Otworzyłam. Przekładaniec z szyb i okiennic ciągnął się w nieskończoność. Poczułam się jak w zagadce ze złudzeniami optycznymi, po czym kopnęłam ścianę, żeby sprawdzić czy pokój się nie rozwali. Niestety. Moja przedziwna mieszanina kochanka, zdrajcy i mordercy spała dalej jak aniołeczek. Nie chciało mi się go łaskotać pod łopatkami, w nadziei że wyrosły mu skrzydełka. Niewiele myśląc chwyciłam za klamkę i o mało nie wrzasnęłam z przerażenia. Odrzuciło mnie na sam koniec pokoju, bo drzwi były nieskończenie pozginaną harmonijką. Puściłam klamkę, Został jeszcze może sufit, może i podłoga, jakaś klapa, tajne wyjście, szafy odsuwające tajemne przejścia… - Lotta! Kiedy zrozumiesz, że prędzej zwariujesz niż się stąd uwolnisz? – Maurycy smakował każdą głoskę. - Jesteś prawdziwy? – spytałam z niedowierzaniem i klepnęłam jego ramię. Prawdziwe, ciepłe, jak u normalnego człowieka. - Wszyscy jesteśmy prawdziwi… - zaśmiało się odpowiednio diabolicznym tonem osiem kopii Maurycego. – wiesz, niektórzy z nas zachowali zdolności przekazywane przez naszych planetniczych przodków. - Leśmian! – syknęłam. - Pamiętasz co było dalej? Miała w trumnie strój bogaty, malowany w różne światy… - zaśmiały się demoniczne klony. - Maurycy, przeleć mnie, zabij mnie, ale błagam, nie rozmawiaj ze mną o literaturze, tego już zbyt wiele – jęknęłam w ostatnim odruchu świadomości. - Pieść i truj i gadem nadal bądź – treść wężowej śliny mi słodka . Umiem mówić Leśmiana od tyłu, zresztą inne rzeczy też – klony rozrechotały się lubieżnie. - Dość! – wyrwałam się, pociągnęłam za harmonijkowe drzwi, po czym spadłam w dół, spadłam w górę, spadłam w bok, padam, spadam, stadem, spadam, studnia, Alicja, spadam, plusk. Link 09.07.2008 :: 21:19 Komentuj (1) Więzienie - I to ma niby być więzienie? - zawyła rozczarowana i odczarowana ze wszystkich bajkobredni i mowostworków Lea. W sumie nie dziwię jej się. Wszystkie dzieci świata we wszystkich kulturach świata przyswajają sobie prototyp więzienia. Spocona wilgoć, parchy, kilka szczurów z przerostem paszczęki i permamentnym rozdziawieniem żuchwy, światłocienie smrodu, wachlarzyska smrodu, posmaczyk bździn, szczyn i szczynów i ślepnięcie z rozpaczy i braku światła. Wpadliśmy najgłupiej jak się tylko da. My, to znaczy Lea, mały Bernard i ja, niżej podpisany Brunon. Wszystkich uciśnionych męczenników w walce o rozdęte, napęczniałe terminy gdzie każdy wsadza to co mu pasuje, wszystkie wolności, sprawiedliwości, tolerancje-szmancje, gubi poczucie wyższości moralnej. A poczucie wyższości moralnej objawia się dzieciackim szydzeniem z przeciwnika. I tak było zresztą i tym razem, jak dzieci, po prostu jak dzieci. Gdzie nasze wrodzone łżekrętactwo-matactwo? Wszystko obmyśliśmy. Mieliśmy udawać parę z dzieciaczkiem wracającą z wycieczki z getta. Nasze czarne włosy, czarne oczy i duże krzywe nosy też miały wymówkę. Otóż Druga Strona Miasta miała zapewnione naturalistyczne atrakcje na tych swoich cholernych wycieczkach. Przebierali się za nas (naturalistyczność polegała na farbowaniu włosów między innymi) i ganiali pomiędzy murami. Oczywiście piszcząc z radości, że zaraz ktoś ich ustrzeli, tyle że farbą. Do tego losowali sobie role kapusiów, partyzantki i takie tam i udawali konspirację, w nadziei że ktoś ich wyda i ustrzeli. Podłączyliśmy się do jednej takiej wycieczki. Wyglądaliśmy bardzo naturalistycznie. Mieliśmy wsiąść na barkę by przepłynąć na Drugą Stronę Miasta. Babiszony rżały jak konie potraktowane nadtlenkiem azotu, mężczyźni jak chutliwe osły. Dzieci piszczały. Lea przybrała odpowiednio wyniosłą dygnitarską minę. Bernard przybrał minę wyniosłej filiżanki. A ja chciałem się skurczyć i zniknąć, bo moi brawurowi znajomi mnie przerażali. Najchętniej to zrobiłbym sam, szybko i bez problemu, o ile bezproblemowe jest uwolnienie ukochanej kobiety z łap zwyrodnialca, który tak a propos ma najwyższą władzę w mieście. Nie szkodzi. - Widziałam młodych chłopców, byli tacy śliczni, żylaści, wychudzeni, te ich orle nosy, te dzikie oczy, oni w tej klatce czekający na proces, takie śliczne zwierząteczka... - świergotała jakaś kobieta. Lea gdzieś mi znikła z oczu. - LE...- zacząłem, ale w porę ugryzłem się w język. - LILLY! - Szuka pan swojej Lilly? Niech pan nie szuka. Lilith była żydowską zarazą i demonem. Ja nią będę dla pana. Jaki pan ma nos...jak te młode chłopczątka - blondświergotka uwiesiła się na mnie. Przewróciłem oczami z przerażeniem, ale twardo powiedziałem, że nos złamałem jakieś sześć lat temu. Tylko winny się tłumaczy. Jak zwykle zresztą. Nic mi to nie pomogło. Kobieta wręcz dobierała się mi do spodni, gruchała macierzyńsko do Bernarda...potem dowiedzieliśmy się w więzieniu, że to duch. Ale w tym momencie było to nieważne. Wyrwałem się babsku, Bernarda chwyciłem pod pachą i jęliśmy szukać naszej naczelnej nawiedzonej wariatki. Rozwiązanie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. I wtedy wpadliśmy. Pod pokładem krypy były ze dwie kanciapki. Z jednej dochodził śmiech Lei. - Lea, wariatko, otwórz i nie błaznuj! - wyszeptałem zjadliwie. Otworzyła. Była w bieliźnie. Czarnej. Jedna pończocha opadała równie błazeńsko jak kącik jej ust. Na łóżku leżał przywiązany nagi facet. Delikatnie się zdziwiłem. W powietrzu unosiło się potencjalne smaganie i bicie zaostrzonymi bucikami. Albo coś w ten deseń. - Nie wiesz kto to? - zdzwiła się Lea. - Nie mam pojęcia - przyznałem się. - No właśnie ja też! - krzyknęła radośnie Lea. - Ale usiłował mnie uwieść na odznakę Milicji! - Mała ta odznaka...i nie tylko ona. - przyznałem krytycznie. - Na boga, kobieto, oszalałaś??? Złapią nas. A tak poza tym, co ci zrobił akurat ten jeden cholerny facet! - Nie wiesz jak to jest stracić brata. Nie wiesz jak to jest stracić ojca. Agresja się sączy najpierw powoli, potem się kumuluje. Rośnie w tobie taki drugi szkielet, drażni ci nerwy, uciska każdą kość, przyprawia krew. Masz ochotę nad kimś się poznęcać. Nieważne nad kim. On jest tylko zwykłym Milicjantem. Ale ojca aresztowali też tylko zwykli Milicjanci. Artura zabili zwykli Karabinierzy. Wybuchasz. Sycisz się jego strachem… - głos Lei mógłby kroić powietrze na plasterki. – Tak poza tym, mój drogi Brunonie, taka sama menda łonowa mogłaby aresztować naszą najdroższą Loteczkę… Poczucie moralnej wyższości. To gubi wszystkich walczących o lepszą sprawę. Rutynowo zachowywaliśmy się za głośno. Rutynowo poniżyliśmy funkcjonariusza na służbie. Rutynowo postąpiliśmy tak głupio jak się tylko da i wplątaliśmy w to jeszcze dziecko. Na morzu nie było dokąd uciec. Mogłem chwycić Leę i Bernarda za wątłe karki i wziąć nogi na pas. Ale nie zrobiłem tego. Nagi bezbronny mężczyzna, gnida i kanalia, a może, relatywistycznie rzecz biorąc ofiara systemu totalitarnego. Relatywizm jest jednak przywilejem hodowlanej w cieplarni dzieciarni, rozważającej wszystkie za i przeciw na mięciutkich poduszeczkach. Rozkwasiłem mu nos. Rutynowo zachowaliśmy się jak amatorzy. Rutynowa wpadka, drzwiczki z dykty rozwalone, brak papierów, areszt, transport gdzieś tam, brak wiedzy o podstawach naszego bytu i egzystencji… *** - Szpital psychiatryczny?? – zawyła Lea z rozpaczą. – Wolałabym więzienie ze szczurami! - Szpital depre-majeutyczny – dopowiedziałem. - Majeutyka? – zdziwiła się Lea. – To chyba Sokrates… - Maurycy ma wypaczone poczucie humoru i wiedzę. To zabójcza kombinacja. W szpitalu depre-majeutycznym uświadamiasz sobie swoją depresję, którą i tak nosisz w sobie. Wykańcza. – popisałem się znawstwem. *** - Wiesz co Brunonie, marzę żeby dni składały się z samych poranków… - westchnęła Lea, smętnie rozczapierzając, czochrając i mierzwiąc swoje czarne włosy. - Czemu akurat z poranków? – spytałem, lustrując z beznamiętną, mało spostrzegawczą i apatyczną uwagą swoje kolana. - Dopóki budzę się, mamroczę w pościeli, przewijam swoje nogi i ciało jak film, mieszam palcami ziarenka kawy, mielę ją przekrzykując młynek, piję, rozsuwam zasłony jak pośladki kobiety, wdycham parę pierwszych oddechów i otwieram sklep…dopóki to robię, życie wydaje się nawet przyjemne. Dlatego mogłabym tak budzić się, pić kawę, otwierać sklep, iść spać. Wyobraź sobie ile w ten sposób stworzyło by się nowych dni…-napomknęła Lea, głaszcząc półsennego Bernarda, który leżał z głową na jej kolanach. - Może coś i w tym jest. Ale moja depresja to inny rocznik, inna kategoria. Wiesz, tak jak byś leżała z kimś w jednym łóżku i bała mu się podać rękę, powiedzieć „lubię cię”, odważyć się na miłość… - chyba źle to powiedziałem. Spojrzenie Lei zburzyło się. Bernard powiedział coś o rodzicach. To było najsmutniejsze, to jego szukanie. Jeszcze smutniejsze było to, że żadne z nas nie miało kwalifikacji rodzica, byliśmy chyba kwintesencją ersatzu. Depresja rozkraczyła się w powietrzu. Link 19.07.2006 :: 14:29 Komentuj (10) Tunel · dedykacja dla Kobiety Po Przejściach, my dearest Klaudyna & "Ty jesteś moim koteczkiem! Ty jesteś moim najdroższym koteczkiem" :> * wyjeżdżam, może wrócę z nowymi dziwnymi pomysłami :> Koty, mnóstwo kotów, delikatne puchatołape stąpanie, złociste i srebrzyste iskry iluminujące ich poruszanie się, a ja stałam między tą harmonią gardłowych mruczeń z dość niemądrą miną. Małe kotki. Żeby to jeszcze były persy z minami zdetronizowanych cesarzy imperiów, czy błękitnookie lubieżne syjamy...a to była najszlachetniejsza rasa z dachów. Tym razem drań nie kłamał. Maurycy głaskał jakiegoś malutkiego czarnego diabełka pomiędzy uszami i uśmiechnął się wręcz łagodnie, rozkosznie. Wydawało mi się, że wątpliwe, chybotliwe światło usnęło rudym blaskiem w jego kasztanowych włosach. - Czemu się tak na mnie patrzysz Lotto? Małe kotki to małe kotki, zobacz, nie są cudne? – spytał Maurycy. – Mam jeszcze hodowlę owczarków niemieckich, ale nie trzymam ich tutaj. Uwielbiają spacerować pod mostami, i szczekają jakby chciały pogryźć w stopy tych wszystkich, od których oddziela ich drewniana kładka... - Maurycy...- zaczęłam powoli. – Uśpiłeś mnie i porwałeś tylko po to by porozmawiać o mojej babci i zaciągnąć mnie do piwnicy...z małymi kotkami? - Och...nie tylko kotkami. Chciałem Ci jeszcze pokazać Dudusia...- zadumał się Maurycy, a mi oczy rozszerzyły się w przepastnym zdumieniu. - Kto...to...jest...Duduś? – spytałam, choć w zasadzie nie wiedziałam czy akurat chcę to wiedzieć. Z gęstwin omszałego, wilgotnego sufitu wyłonił się rozmigotany kształt, powoli nabierał czerwieni, niezdrowe powietrze rozcięło się plastrami zgnilizny, poczułam łomot skrzydeł przy swojej twarzy...zajarzyły się czerwone oczy w tej ciemności, paskudna gęba zmaterializowała się tuż przy mnie...i polizała mnie po twarzy. - Przedstawiam Ci Czerwonego Arcyksięcia, Hrabiego de Baleine*, naszego zaufanego i osobistego upiora. Dla przyjaciół – Duduś. Trzymamy go tutaj do wyrywania serc... – Maurycy uśmiechnął się zagadkowo, Duduś zasyczał swoim przeraźliwym oddechem, aż wszystkie koty skrzywiły się z niesmaku. - Maurycy...mogę ci coś powiedzieć? Oszalałeś do reszty! – parsknęłam, nie licząc się z obecnością śmierdzącego upiora, szaleńca w postaci mojego byłego narzeczonego psychopaty i cokolwiek niebezpiecznej piwnicy. - Ty Lotto też jesteś szalona. Zawsze w mniejszości, zawsze narażająca się na niebezpieczeństwa, konszachtująca się z samymi draniami, Żydziakami i lesbijkami, starymi rosyjskimi dziwkami... - Kogo masz na myśli mówiąc o draniach? – Dysputa z nim była jak pojedynek na wiele ostrzy, rozcinanie słówek i metafor na części pierwsze. Napięcie osuszało wręcz oślizgłą, zgniłozieloną wilgoć tej piwnicy. - Mnie. – Triumf na twarzy Maurycego był wręcz przerażający, a ja załamałam ręce. – Ale masz rację Lotto. Nie ściągnąłem cię tylko po to by pokazać ci małe kotki, duże pieski czy odświeżać wspomnienia po twojej nieboszczce babci...To było tylko... - Preludium? – przerwałam. - Gra wstępna. – Uśmiech na twarzy tego idioty był co raz większy, za chwilę wybuchnie mu i rozpryśnie się w wielu odłamkach zniekształcających tą ohydną dziurę, w oniryczny, liliowo-szmaragdowy sen wariata. Nie da się ukryć, że zadrżałam. On miał wyobraźnię. Zbyt wielką i nadwrażliwą, bałabym się jaki los by mi zgotował. - Patrz Lotto. Przed tobą zaraz otworzy się tunel rozkoszy... – szepnął Maurycy. Już zaczynałam się zastanawiać nad metaforycznym znaczeniem tunelu rozkoszy, kiedy pod powieki wsunęły mi się miliony jedwabistych wstążek, rozpłynęło się morelowe, delikatne światło. Poczułam jakbym owinęła się w lekką batystową pianę i usiadłam na podłodze. Ściana nie była już wilgotna, stała się przyjemnym aksamitnym kożuchem, złotym świetlistym runem, czułam się, jakbym ostatkiem sił wczołgała się pod krągłą pierzynę. Ktoś łechtał mnie za uchem, parzący oddech mżył moją szyję, ostatkiem sił pomyślałam, żeby to nie był ten obrzydliwy upiór. Szafirowe plamy układały się w atlasy i mapy nieznanych kontynentów przed moimi oczami, błękitne płatki róż osiadały na moim całym ciele, aż bezwiednie strzepnęłam je ze spódnicy. Jakby ktoś mnie dotykał? Ale to nie mógł być dotyk, to była cudowna mieszanka wszystkich zmysłów, jasnosłyszenie, wzrokuwonnienie, smakusenność, słówzapach i...milion płomiennych salamander porwało w lot moje ciało. Leciałam nad przepiękną łąką, trzymając się ich smukłych, wdzięcznych ogonów, kwiaty kwitły kremową mgiełką specjalnie sprowadzaną z księżyca, niebo chyliło swoje upudrowane czoło, owijając nas swymi słodkimi rękoma, rosa była miodowa, i spijałam ją z ciała...Ciała? Urwało się. Piwnica była nadal oślizgła, upiór śmierdział, koty wachlowały się ogonami, a Maurycy się śmiał. - Śliczne Lotto, prawda? – spytał się, wręcz drżąc od rudego blasku. - Śliczne. – zgodziłam się niechętnie. - Wiesz, mógłbym ci to wszystko dać...tylko... – zaczął Maurycy. - Tylko? - Oddaj mi się – wyrzekł to z całkowitą naturalnością. - Tyle dobre, że nie upiorowi...- mruknęłam niechętnie. – On śmierdzi. - Lotto Lotto, ten upiór to też ja. Cały twój świat to ja. Kryję się w każdym twoim słowie, każdym twoim kroku, wychylam się zza każdego słowa w gazecie, jestem w tobie... – Maurycy zaczął bawić się krawatem. - Prędzej sama sobie wyrwę serce! – syknęłam. - Lotto, ale to nie boli. Twoja mała przyjaciółeczka chyba cię tego nauczyła... – Wbił mi szpilkę. Głęboko. - Jesteś durny! Myślisz, że mogłabym oddać się mordercy własnej matki? – krzyknęłam zdenerwowana. - Oczywiście. W gruncie rzeczy uważasz to za podniecające... Splunęłam mu pod nogi. - Gardzę tobą Maurycy. Do granic możliwości! – rumieniec wystąpił mi na policzki. - Owszem. Gardzisz, ale jednocześnie drżysz na wspomnienie tego co było przed chwilą. To jak Lotto? Masz ochotę? Maszochotęmaszochotęmaszochotę... ... * baleine = wieloryb ;-) Link 05.07.2006 :: 19:31 Komentuj (5) Tajemna akcja odbicia Lotty · z góry przepraszam za ten odcinek, gdyż mam histeryczną głupawkę pospolitą, operację za dwa dni i wpadam w humor desperacki. Wielka dedykacja for my beloved Klaudynka. Wielkimi skokami trącałem kolejne kostki brukowe w Miasteczku, one skowyczały i próbowały się obronić, zmuszając mnie w pewnym momencie do sążnistego upadku w kałużę. Za mną dreptał Bernard, nie przyzwyczajony chyba do takiego wysiłku. Podał mi rękę, i chwiejąc się na nogach, huśtając się na nitkach skrajnego przerażenia, doszliśmy powoli do sklepu kolonialnego Skarletbaumów. O mało co nie rozbiłem sobie pięści do krwi, boksując się z niewzruszoną pieczęcią afrykańskich i orientalnych zapachów. W końcu otworzyła mi Lea owinięta w czarne kimono, bezwstydnie pękające na piersiach. Miała rozczochraną czuprynę, błędne spojrzenie, a dywan zasłany był stertą papierów wypluwanych z maszyny do pisania. - Bruuuunon, mam pomysł! – oczy Lei błyszczały jak w gorączce - Lea, jest prob...- zacząłem, ale Lea mi przerwała, bębniąc drobną dłonią w stół. - Mój pomysł jest genialny w swojej prostocie. Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać. Wiem skąd możemy zdobyć pieniądze na rozpowszechnianie ulotek Biuletynu, na porządne maszyny drukarskie, na kolorowy tusz! Dam ogłoszenie do gadzinówek i porządnych dygnitarskich gazet, powiem że szukam chętnych na wyprawy do zamków nadrzecznych, wiesz, nagadam że tam są duchy, sukkubusy i inkkubusy, to skusi wszystkich, jeszcze tam jakieś zapadnie, upiory, wampiry, ludzie zapłacą każdą cenę...a ja przyjmę wpłaty i wszystko sobie zagarnę, po czym zniknę pod zupełnie innym nazwiskiem, co ty na to??? – Oczy Lei płonęły złowrogim ciemnym blaskiem wszystkich fantastów i szaleńców. - Lea! Teraz ty mnie słuchaj. Po pierwsze zawsze się znajdzie jakiś owładnięty histerią maniak, który będzie chciał dogłębnie sprawdzić w co chce wchodzić i nici z twojego pięknego planu, będziesz gnić w kazamatach. Po drugie Lotta zaginęła!!! A po trzecie to jest Bernard. A po czwarte...zasłoń piersi z łaski swojej, nie gorsz dziecka – wrzasnąłem na tą histeryczkę. Lea złapała się za serce i oparła się o stół. Wyblakła nagle, jej rysy przypominały kiepski rysunek węglem na papierze. Wyszeptała „ja ją kocham”. Wyszeptałem „ja też”, nasze spojrzenia się zbiegły...i nagle poczułem, że Lea roztrzaskałaby mi głowę pierwszym słojem z kawą, irracjonalne to było. Przecież przyjaciółka chciałaby szczęścia przyjaciółki, odpada ewentualność że Lea kochałaby mnie, więc o co tu do diabła chodzi? Bernard siedział cichutko jak uszkodzona filiżanka, albo mysz pod miotłą. Nagle rysy Lei się rozpromieniły, zapalił się w niej nowy niesamowity pomysł, uklękła przy Bernardzie i zaczęła miłym, cichym, rumiankowym głosem... - Kochany, będziemy się bawić w Robin Hooda! - Robin Hood? Ten co zabierał biednym i dawał bogatym? Czytałem o nim bajkę, drukowali w gazetach...-zaczął Bernard, ale przerwaliśmy mu okrzykiem grozy. Nie wiedzieliśmy, że drukują już gadzinówki dla dzieci. - Bernard, okłamali cię. On zabierał bogatym, i dawał biednym... – wiem, że to nie była odpowiednia pora na korepetycje z legend, ale trzeba było go uświadomić... - Właśnie. Bernardzie, ta Lotta której szukamy jest jak Lady Marion. Jest piękną damą, jest damą serca...Robina – Lea wyrzekła to słowo wyjątkowo gorzko. – Niestety porwał ją zły szeryf z Nottigham, szeryf Miasteczka, szef Dygnitarzy, czyli Maurycy. Piękno jest zawsze w niebezpieczeństwie. - Będziemy ją ratować? – Bernard zapiszczał rozkosznie, a mnie obleciał tchórze. Lea zawsze myśli, że to jest tak łatwo jak w baśniach. - Właśnie, że będziemy. Ten tutaj chudy i duży jest jak Robin. Żebyś ty wiedział jak on potrafi strzelać z łuku. Trafiłby w sam środek pięknej, słodkiej, soczystej brzoskwinki z odległości stu metrów... - Lea, błagam! – uznałem za stosowne się wtrącić. – Jakiej brzoskwinki? Nie rób ze mnie nadczłowieka. Nie jesteśmy w baśni! Nie rób mu wody z mózgu... - Myślałam, że każdy mężczyzna trafiłby w brzoskwinkę po ciemku, z zawiązanymi oczyma i...ach, wiedziałam, że w gruncie rzeczy jesteście słabi z tymi wielkimi nieporęcznymi obrzydliwymi łukami. Ja bym trafiła. – Oczy Lei były słodkie jak miód. Jeszcze raz wrzasnąłem na nią, że ma się uspokoić, ale w nią jakby diabeł wstąpił. - A ja kim będę? – Bernard był zachwycony. Tylko dzieci lubią niebezpieczeństwa. – Zawsze lubiłem Małego Johna! - Będziesz Małym Johnem – uśmiech Lei był nawet...macierzyński. - Ale on był duży, a ja jestem mały...- zmartwił się Bernard. - To będziesz Dużym Bernardem. A ja będę Szkarłatnym Willem. To znaczy Szkarłatną Leą – uśmiechnęła się dziewczyna. – Idziemy! Musimy odbić Marion, znaczy się Lottę! - Lea. Jedno pytanie. Wygodnie ci będzie biegać bez bielizny?* – w końcu mogłem się odciąć, bo ten fakt niewzruszenie i miękko wysuwał się ciemnymi falami spod kimona Lei. Zeszkarłatniała. - Robin Hoodzie, a jak twój niemiecki? - Myślę, że jeszcze dobrze. A twój Szkarłatna Nierządnico Babilońska? - Oczyviście. Móvię po niemiecku vybitnie dobrze, v sam raz by kogoś vykivać! – Lea zaciągnęła błazeńskim akcentem. - Lea, gadasz jakbyś chciała, a nie mogła. Lepiej zamilknij, udawaj, że uczyniłaś ślub milczenia, albo że masz zapalenie gardła. – westchnąłem zrezygnowany. – I ubierz się na litość... Lea pobiegła na zaplecze, a ja pomyślałem, że Szeryf z Nottingham nas wszystkich powiesi na suchej gałęzi. W co ja się plączę. Histeryczna narwana dziewczyna, dziecko, i ja...nie jestem Robin Hoodem. Ja tylko chcę Lotty z powrotem. * a za ten tekst dziękuję Kotu...i w zasadzie sobie też. ;> Link 30.06.2006 :: 20:23 Komentuj (5) Ona i on Półleżałam w fotelu, który mógłby budzić zaufanie, czułam od niego woń poziomkowych konfitur i odrobiny zeschłych sukienek liści, miał nawet anemiczną plamę herbaty na obiciu, i był przepastny jak skrzynia ze skarbami. Są też fotele, które budzą grozę, albo są twarde i skórzane, albo takie z kajdanami przy nadgarstkach, po prostu takie, które natychmiast kierują strugę elektrycznego światła w twoje oczy. Nie powinnam się bać. Ale się bałam. Bo po obu stronach mojego fotela stali Alchemik...i Maurycy. Westchnęłam długo i zawile, chciałam to zrobić w obcym języku, by ukryć strach, bo to mogło znaczyć tylko jedno. Przesłuchanie. O seansach z Maurycym krążyły długie i bolesne legendy... - Idź sobie stąd – warknął Maurycy do Alchemika, który oddalił się czym prędze w niewolniczych podskokach z pokoju. Spojrzałam na niego jak na kawał zgniłego zielonkawego mięsa. Maurycy nic się nie zmienił, nadal miał ten swój ujmujący uśmiech przybity do twarzy. Na mankietach miał drobniusieńkie czerwone plameczki i wolałam się nie zastanawiać od czego.... - Zapalisz, Lotto moja najdroższa? Patrzysz na moje rękawy...malowałem. Nie wierzysz mi? Nikt mi nie wierzy w tym zasranym mieście! – Maurycy jęknął rozdzierająco, rozsunął zasłony i pokazał mi paskudnego maszkarona malowanego w stylu ekspresjonistów niemieckich. - Zapalę – ujęłam papierosa, choć diabli wiedzą czym mógłby być naszpikowany. Jestem prawie pewna, że te korzenne miały w sobie coś nasennego, na szczęście ten smakował jak najuczciwszy papieros. – Czego ode mnie chcesz Maurycy? - Porozmawiać o twojej babci...moja słodka Lotto – Maurycy zaciągnął się ze smakiem, i po chwili owinął mnie chmurą dymu. Musiałam mieć wyjątkowo idiotyczną minę, bo dodał: - Boże, wszystkim się wydaje, że ze mnie jest taki potwór i zwyrodnialec, że gwałcę dzieci na śniadanie, że pasjonuję się wszystkimi odmianami bólu, a ja jestem zupełnie normalnym człowiekiem. To jak Lotto, opowiesz mi o Edycie Waltscharz? – gdy kończył wymawiać imię mojej babki, jednym susem wskoczył za mój fotel i pociągnął mnie z całej siły za włosy. Krzyknęłam krótko. „Na opowieść o mojej babce nie starczyłoby mi słów. Babka była rodowitą Niemką, ale temperamentu mogło by jej pozazdrościć tysiąc sycylijskich żon. Piła jak smok, i to głównie absynt, pozowała nago wszystkim co modniejszym artystom. Oczywiście takim co wyrzucali kochanki przez okna, byli w stanie permanentnej depresji, mieli kłopoty z policją i władzą, byli przeklęci i zniesieni w otchłanie piekielne już za życia. Nie była piękna. Ani troszeczkę. Lecz nazwała samą siebie zieloną czarownicą, i faktycznie, umiała czarować. Legendy chodziły o tym jak wywoływała duchy, i umiała grać tak wspaniale na flecie...Maurycy do diabła, nie śmiej się...tak więc umiała grać tak wspaniale na flecie, że...Maurycy do jasnej cholery! Budynki tańcowały na jej widok, wszystkie kamienice wyginały się w fouettes i entrechats, potrafiła porwać za sobą ludzi, kobiety jej nienawidziły, za to mężczyźni kochali nienawidząc jednocześnie. Babka była rozwiązła jak na tamte czasy, przebierała się za mężczyznę i ze swoimi kolegami artystami chodzili do wiedeńskich domów publicznych, budząc świętą zgrozę wśród bogobojnych prostytutek...w końcu owinęła dookoła palca Waltera Rittermana...no i co ja jeszcze mogę dodać? - Jesteś piekielnie podobna do Edyty... – Maurycy w skupieniu zapalił następnego papierosa, a ja poszłam za jego śladem. - Ja??? Nie śpię z artystami, nie śpię z wiedeńskimi prostytutkami, mieszkam w małym miasteczku, nie porywam za sobą ludzi, temperamentu mam pewnie tylko za jedną sycylijską żonę, nie piję absyntu...- zdziwiłam się. - Kłamiesz Lotto. Ten Żydziak nie dostarcza ci rozkoszy cielesnych? Przepraszam, on i ona, małomiasteczkowa dziwka i niespełniony niewyżyty artysta? - Nie wiem co cię obchodzi moje życie uczuciowe. Czy mogę już stąd wyjść jeśli porozmawialiśmy o mojej kochanej babuni? - Nie tak szybko Lotto – moja ręka ugrzęzła w jego żelaznym uścisku. – Idziemy do piwnicy. Zwymiotuję. - Dalsza część przesłuchania, czy chcesz mi pokazać małe kotki w tej piwnicy ? – syknęłam, próbując się wyrwać. Zupełnie bezsensownie. - Skąd wiesz, że chcę ci pokazać małe kotki? – oczy Maurycego były w tej chwili duże i niewinne. Po czym wykręcił mi ręce do tyłu i ruszyliśmy w kierunku drzwi. Zwymiotuję mu na twarz, jeśli mnie dotknie. Link 25.06.2006 :: 13:39 Komentuj (3) Bernard *Karolina ma ostatnie przedmaturalne wakacje, wpadła do Wisły podczas wodowania wianków, pogryzło ją wszystko co lata przyciągnięte kwiecistą sukienką, upaja się zapachem piwonii i z racji uziemienia spowodowanego operacją oka, jest szansa na więcej seansów. Enjoy. Miasto rozkładało przede mną swoje poranne ścieżki, wyginało i prężyło się dachami mokrymi od rosy, a gdzieniegdzie snuły się apetyczne wstęgi świeżo zarumienionych rogalików i bochenków chleba. W powietrzu sennie wypróżniały się kufry zapachów z pobliskiego targu kwiatowego, mieszając się w mdłą i natrętną fugę. Ulica wymagała niemalże tego, by iść z dłońmi w kieszeniach marynarki, nonszalancko pogwizdywać i spoglądać z młodzieńczą pychą na wszystkich wokół. Spieszyłem niechętnie do biblioteki, i z zazdrością spoglądałem na grupkę bawiących się chłopców, dokazujących pod tym niewzruszonym niebem. Wróciłem myślami do swojego własnego dzieciństwa, chmurnego czoła, wędrówek z Lottą i ostentacyjnego samotnikowania. Brakowało mi takiego strzelania z procy, chóralnych ucieczek, konfiskaty piłek... - Psze pana! Pan wygląda na dość mądrego! Niech pan powie co się stało Bernardowi! – Jeden z chłopców odłączył się od grupy i otaksował mnie dość bezczelnym uśmiechem. Rzeczony Bernard był najbrudniejszym, zadartonosym stworzeniem o węgielkowatych oczach, porozbijanych kolanach i poprutej koszuli. Wył wniebogłosy i wyjąkał tylko na mój widok: - Ja nie-e-e-e chcę-ę być ju-u-u-u-u-ż f-i-i-i-i-l-i-i-i-żanką!!! Chciał zerwać się i uciec, najprawdopodobniej przerażony swoją słabością, ale przytrzymałem go za szelki. W życiu nie przypuszczałem, że taki mały chłopak potrafi tak mocno kopać, wyrywać się, przerażone dzikie zwierzątko, które chciałoby sobie rozbić głowę o mury którejś z kamienic. - Uspokój się! – wrzasnąłem . – Bo nie tylko, że zostaniesz na zawsze filiżanką, ale będziesz też starym skrzywionym imbrykiem! Był to cios poniżej pasa, jeśli chłopak faktycznie miał coś do zastawy stołowej, ale jak wszystkie ciosy poniżej pasa...poskutkowało. Dzięki temu mogłem wysłuchać historii Bernarda, niezwykłej bo niezwykłej, zupełnie zwyczajnej w naszych pięknych zgniłych przeklętych czasach. Pierwszy raz w życiu, zacząłem żałować, że nazwałem kogoś filiżanką... Rodzice Bernarda pochodzili z różnych kultur, kombinacja niedopuszczalna w dzisiejszych czasach i jak to bywa, wracając ze szkoły zastał wyjące ciszą mieszkanie, stół bezbronnie przewrócony jak żuk do góry nogami, poranione szyby, prześcieradła złowrogo wyciągnięte na środek pokojów, i przede wszystkim wymowną plamę krwi...Dzieci w naszym Miasteczku są z reguły wybitnie nieuświadomione politycznie, zresztą nawet gdyby były...śmiem wątpić czy by coś to dało. Ze strachu Bernard schował się w wielkim kredensie, w nadziei że czułe palce matki otworzą kiedyś niebotycznie przepastną szufladę, i uspokajającym dotykiem oznajmią, że już wszystko dobrze. Niestety nikt nie nadchodził, absolutnie nikt. Bernard postanowił, że w razie czego będzie udawać filiżankę, skulił się i wystawił łokieć na kształt uszka, i siedział tak przez tydzień w mieszkaniu, z małymi przerwami na jabłka wykradane z ogrodów. Dopiero teraz ośmielił się wystawić nos spoza domu, bo tęsknił za rówieśnikami. Serce mi zamarło, bo wiedziałem, że to się może źle skończyć, dzieciak nie wytrzyma emocjonalnie, i uwierzy w to co sobie wymyśli, a poza tym gdyby wrócili... Zwykłe pytanie „gdzie mama?” nigdy nie potrafi być aż tak rozdzierające. Postanowiłem, że zabiorę go do Lotty, nakarmię i nakłonię do kąpieli, a potem zadecydujemy co zrobimy. Dzieciak nawet nie opierał się za bardzo, perspektywa obiadu była zbyt obiecująca, a w oczach całej zgrai urosłem na jakiegoś półboga... Doszliśmy do mieszkania Lotty, a tam nikogo, tylko Imbir niespokojnie biegał po ścianach. Zabiło mi mocniej serce, bo w środku panował sterylny bezduszny porządek, coś tak nienaturalnego, że aż skrzypiącego w duszy. A Bernard...Bernard zauważył kolekcję filiżanek Lotty, wiem, że część przywiozła słynna babka Lotty z Wiednia, część malowała kiedyś z siostrami...i wszystkie rozbił. Imbir fuknął gniewnie i parsknął repertuarem zębów. Zaraz, wszystkie? Na dnie jednej tliła się resztka kawy. - Pachnie migdałami. Ładnie pachnie. Brzydka filiżanka. Może żyć – odezwał się Bernard. - Migdałami...? – skamieniałem. W dzisiejszych czasach nie wolno pić niczego co pachnie migdałami...
|